Posty

Musisz mieć dużą działkę, mówili...

Będzie fajnie, mówili... No to mam. Właśnie zabrałam się za pielenie zielska. A że ziemia tu urodzajna, to nie mam chwastów - ja mam istny drzewostan . Nie wierzę, że na zewnątrz są dwadzieścia cztery stopnie niejakiego Celsjusza. Jest co najmniej pięćdziesiąt . Jprdl.  Poza tym latam z wywieszonym ozorem i podlewam sadzonki. Na szczęście te też rosną. W tak zwanym międzyczasie skończyli mi stawiać ogrodzenie i mogę w końcu wykopać psy na zewnątrz. Do mojej watahy dołączyła suczka sąsiada, która zaprzyjaźniła się z Kajcisławem i trochę u mnie pomieszkuje. Właściwie to częściej przebywa tu, niż u siebie. Do kotostanu zaś dołączyli dwaj rudzi bracia ksero - Ryszard i Romuald - dla kumpli: Rysiek i Romek. Zostali porzuceni przez jakąś swołocz w środku lasu - mieli osiem tygodni i ważyli po 800 gramów. Przejęłam ich parę dni później, zaopiekowałam i pokochałam miłością absolutną. Aktualnie chłopaki mają dwa miesiące, ważą po 1,7 kilo i powoli integrują się ze starszyzną. Kuzco niańczy ...

Mam syndrom wicia gniazda

Szykuję pokój dziecinny. Znowu zostanę kocią matką. Jestem równie podekscytowana, jak przerażona. Zapomniałam już, jak to jest mieć pod opieką takie piszczące bejbisy. Ponad dziesięć lat temu przywiozłam do domu Rudiego i Maniutka – dwie cudaczne kulki – jedna w kolorze starego złota, druga czystego srebra. W jednej sekundzie zawładnęli mną i całym moim życiem. Nawet nie sądziłam, że można AŻ TAK kochać. Maniutek opuścił nas w wieku   3,5 roku przegrywając nierówną walkę z chłoniakiem jelit. Rudi odszedł nagle w wieku 11 lat. Razem z nimi obumarł spory kawał mojego umęczonego serducha. Kolejny jego kawałek odebrał mi Miki, po 1,5 roku spędzonego razem umierając na bezlitosny FIP. Wtedy właśnie powiedziałam sobie: Żadnego zwierzaka w domu nigdy więcej. Od tamtej pory zawitał Florian po wypadku komunikacyjnym, Ósemka po sterylce aborcyjnej i Maja, której życie ratowałam dobre pół roku. Gdy wybudowałam dom, dołączyli do rodziny nadpobudliwy Baki i starowinka Marysia ze schron...

Dzwoneczek

Trauma trzyma mnie bardzo długo... I pewnie już nigdy nie odpuści... Po każdym moim powrocie do domu witam się z psami i natychmiast grzeję na górę, sprawdzić stan zakocenia i wyściskać. Gdy mi kogoś brakuje, wpadam w lekką panikę. To już nie jest irracjonalny odruch każdego rasowego kociarza. To ten pieprzony alarmujący dzwoneczek z tyłu głowy: "Czy żyje ?..." Dzwoneczek odzywa się coraz rzadziej, ale już zawsze będzie obecny w moim życiu. Nagła śmierć Rudolfa spowodowała, że nigdy już nie będę do końca spokojna, nawet mając świadomość, że moje zwierzęta są weterynaryjnie zaopiekowane. Odkąd ON odszedł, wiem, że nie ma na tym łez padole niczego pewnego.  Do tej pory nie mogę pogodzić się z tą stratą. Tak bardzo tęsknię... Kochajcie swoje zwierzaki. I przytulajcie je tak często, jak to tylko możliwe. Nigdy nie wiadomo, które przytulenie będzie tym ostatnim...

Gdyby ktoś się zastanawiał...

Doradzono mi, jak wybrać optymalną szerokość bramy wjazdowej, zatem się dzielę - zmierzyć szerokość samochodu, następnie dodać po każdej stronie po 5 milimetrów i voila. Takie proste. Proszę nie dziękować, nie trzeba.

Rozpoczęłam grodzenie mojej posiadłości ;)

Poszukiwania wykonawcy wszczęłam na fixly. Rozpiętość cen robocizny bardziej niż imponująca - od 35 do 65 zł/m. Miodzio. Ale to jeszcze pikuś. Czterech z potencjalnych wykonawców pojawiło się u mnie natychmiast, rzucić okiem na działkę - jeden z narożników, ze względu na spory skos, jest nieco problematyczny, zatem rzutuje to na ostateczną wycenę prac.  Piąty pan stwierdził, że jest tak zawalony zleceniami, że może się u mnie pojawić najwcześniej w sobotę. I tak: jeden z panów, który przyjechał z marszu, wycenił mi robociznę natychmiast  na 35. Drugi na 65, aby następnie zejść do 60. Trzeci zaproponował 55. Czwarty olał mnie całkowicie (krzyżyk na drogę). Piąty - ten zawalony, przypominam - nasłał dziś na mnie jakąś ekipę, która zapragnęła się pojawić, by zmierzyć granicę działki. No hola! Pytam się grzecznie, o co chodzi, bo już praktycznie wszyscy zainteresowani wykonawcy u mnie byli, a panu zawalonemu - mówiąc szczerze - zamierzałam już podziękować... Pan zawalony zadzwonił...

W klimatach auto-moto

  Ksawery Gustaw rozkraczył mi się na środku Kartuskiej, w drodze do domu. Ekhm... Sorry, stara, ale ja dalej raczej nie pojadę... Cudowny początek łikendu, no naprawdę.   Chwilowo jeździłam vanem, którego już jako tako ogarnęłam. Zatem piątunio pod hasłem: jak-dobrze-mieć-sąsiada.   Okazało się, że mój samochód stanowi wielką tajemnicę wszechświata i wrzód na dolnej części pleców pracowników warsztatu. Jeśli ostatnio media donosiły coś o błyskach i piorunach na Kaszubach, to była burza mózgów mechaników nad Ksawerym Gustawem.   Opelka zatankowałam do pełna i odstawiłam sąsiadowi na podjazd wraz z wyrazami wszelkimi i prezentem. Nadal nie mam auta, ale uprzejmości nadużywać nie należy, szczególnie takich dobrych, uczynnych ludzi.   Samochody zastępcze z warsztatu wzięli i wyszli, zatem właściciel honorowo oddał mi do dyspozycji swojego prywatnego citroena. Drugi diesel w moim życiu, leciuchno wysłużony, ale kochany nad życie ( Ale nie rozbije mi go pani, cooo?...

Niestety - monotematycznie... Wciąż...

Rudolf przyśnił mi się pierwszej nocy po swojej śmierci. Siedział zadowolony na schodach, a ja uśmiechnęłam się z ulgą i już miałam dzwonić do Patki, powiedzieć, że okropny sen miałam, że Rudi odszedł, a on przecież nadal jest przy mnie... I w tym momencie sylwetka Rudolfa rozpłynęła się w powietrzu, niczym dym z papierosa, a ja obudziłam się z głośnym szlochem... Trzy noce spałam przytulona do urny. Teraz urna stoi na moim stoliku nocnym, a ja - średnio co drugi dzień po przebudzeniu, jeszcze półprzytomna, nie znajdując go obok siebie - wołam... I wtedy ponownie do mnie dociera... Kuzco się mną bardzo zaopiekował - zasypia na mojej poduszce, otulając całym ciałem moją głowę, i - zasypiając - opiera głowę na moim czole. I mruczy. A ja głaszczę jego czarne łapcie. I tak zasypiamy. Tęskniąc oboje. Każdy, kto znał Rudolfina, wie, że nie był to po prostu kot. To był szef. To była osobowość. To był dobry duch mojego domu, gdziekolwiek nie mieszkaliśmy (a przeżył ze mną trzy przeprowadzki). ...