Posty

Reszta stada pomaga mi przetrwać

Szczególnie trójka ryżych gówniaków. Tu zdjęć nie wrzucam, bo nie potrafię ich odpowiednio obrobić. Ale po lewej stronie jest podlinkowany garnek. Mało tam radości ostatnio, ale zapraszam do archiwum, gdzie jest historia uwieczniająca wiele szczęśliwych dni.

...

Wczoraj opuściła nas Marysieńka. Na razie nie mam słów, nie mam już łez, ani siły.

Ósemka umarła w międzynarodowy dzień kota

Zaniedbałam błoga. Wiem. Nie wiem, dlaczego. Może dlatego, że jakiś czas temu spotkała mnie tu ogromna przykrość. Może dlatego, że ostatnio zbyt wiele się działo. Może dlatego, że zwatpilam w siebie i we wszystko co robię dla swoich zwierzaków, że zbyt wiele wzięłam na swoje barki. Rozważałam usunięcie tej strony. Nadal rozważam. Ale postanowiłam dać sobie jeszcze chwilę na podjęcie decyzji. Bo jednak trochę szkoda... Rude trojaczki mają się świetnie. Rozrabiają, jak to kociaki. Ryszard trzyma się Mai i zdarza mu się jeszcze do niej dossać, maminsyn. Romuald upodobał sobie Kuzco, największą mameję w stadzie. Rajmund zawarł sztamę z Florem, największym zakapiorem na dzielni. Nie wiem, który z nich trzech jest najbardziej skazany na sukces... Mojej małej pingwince, Ósemce, stanęły nerki. Po prostu się wyłączyły i przestały działać. Odeszła w moich ramionach, przytulona i kochana do końca. Dołączyła do Maniutka, Mikusia, Rudiego i Larci, którzy na pewno otoczą ją opieką, dopóki się nie po

Rajmund w drodze do domu

Co byście zrobili, gdybyście się dowiedzieli, że trzeci brat został odnaleziony wraz z mamą? I że jest troszkę nie zsocjalizowany i nie do końca przyzwyczajony do człowieka? (Matka jest zdziczała i trzeba ją po steryllce wypuścić. Młody rokuje.) Nad Rajdkiem trzeba będzie popracować. Czekają na niego Romek i Rysio, wraz z zastępczą mamą Mają.  Podołam?...

Zastanawiam się, kiedy miał miejsce moment...

 ...gdy z ekstrawertyka przeistoczyłam się w introwertyka. Kiedy z zabawowej dziewczyny, kochającej imprezy, koncerty, melanże w barze, przeistoczyłam się w typ depresyjno-maniakalny w bamboszach z pomponem, nad życie kochający domowe zacisze i zwierzęcych współmieszkańców. (No krówa, dogadałabym się teraz z ex małżonkiem, który nad życie cenił telewizyjny serial w kapcioszkach na kanapie, podczas gdy ja spędzałam wieczór w knajpie z przyjaciółmi. Jego moje poczynania irytowały, ja uważałam, że jest nudziarzem.) Aktualnie wolę towarzystwo moich psów i kotów od ludzi. Serio. Wprawdzie nie dotyczy to moich bliskich znajomych, którzy - mam nadzieję - czują się w moim domu, jak u siebie i mogą wjeżdżać zawsze. ;) Nie znoszę natomiast niezapowiedzianych wizyt sąsiadów, nawet tych z ciastem czy winem... Mieszkając w domu, niestety, nie jestem w stanie udać, że mnie nie ma... Przynajmniej dopóki mam nieogarnięty dojazd do garażu i mój samochód stoi pod posesją... (Pomyślała i pobiegła chytrze

Jestem psiarą i kociarą, ale koty...

 ...to cud natury. Z wielkim zadziwieniem i fascynacją obserwuję, jak tworzy się hierarchia w stadzie. Ogromny szacunek wzbudza u mnie fakt, że zwierzęta są w stanie się tak doskonale zorganizować, nawet w obliczu kryzysu i śmierci przewodnika stada. Rudolf był bowiem alfą i nawet największy zakapior - Florian - okazywał mu szacunek i wylizywał łapy i uszy. Serio serio. Wiem, że Lara posypała się zdrowotnie po jego śmierci. Była jedną z kotek najniżej w hierarchii... Zawsze wpatrzona w niego jak w obraz... Kto teraz rządzi? Niby powinien przejąć koronę Kuzco, jako najstarszy i największy kocur... Ale Kuzco to jest maminsynek i ogromniaste kochane lelum polelum. To nie mogło się udać. Po cichu liczyłam też na Iwę, jako seniorkę rodu, bo kiedyś tę funkcję przez chwilę piastowała, gdy Rudolf przechodził przez fazę "lenia". Ale uznała, że podatku i zusu nie odprowadzam i na wuja jej to stanowisko... Rządzi Flor - głuchy albinos z króciutkim ogonkiem. Tak właśnie. Rządzi pełną par

W nocy z 29 na 30 lipca umarła Lara...

Właściwie odeszła w moje imieniny. Taki prezent od losu dostałam... Zdiagnozowano u niej guz, który uciskał dwunastnicę i nerwy miednicy. W trakcie badania usg Larcia była pogodną, głośno mruczącą dziewczyną, jak zawsze. Wyznaczono termin zabiegu. Zaledwie dwa dni po badaniu skurwiel zaczął bardzo szybko rosnąć i praktycznie zatkał jelito. Termin zabiegu przyspieszono na cito. Lara cały dzień przed była stabilizowana w lecznicy onkologicznej. Na noc zabrałam ją do domu z zapasem narkotyków, które miały uśmierzyć ból. 30 lipca w samo południe moja mała dziewczynka miała mieć operację ratującą życie. Nie dała rady. Umarła przy mnie. W domu. Cichutko. Minął prawie miesiąc, a ja nadal nie jestem w stanie wyciągnąć z samochodu transportera, w którym wiozłam jej ciałko do krematorium. Lara wróciła do domu. W ślad za Rudolfem. Są teraz obok siebie - na tym świecie i na tamtym. Myślałam, że jako tako się pozbierałam... Jednak łzy kapią mi na klawiaturę. Tak bardzo mi brakuje tego uroczego trak