Posty

Wkurw-post

  Co i rusz na fb czytam post o zagubieniu kota czy psa. Wyszedł i nie wrócił no... I scyzoryk mi się w kieszeni otwiera, Od razu zaznaczę: - jestem absolutnie przeciwna wypuszczaniu kotów - są zagrożeniem dla ekosystemu, jako bezwzględne drapieżniki, oraz same są zagrożone - przez atak dzikich zwierząt, potrącenie przez głupka w szybkim samochodziku oraz trafienie w ręce psychola, - jestem absolutnie przeciwna puszczaniu psów samopas - powody jak wyżej. Trzy razy z posesji spierniczył mi Baki, demolując panel ogrodowy i udając się na wędrówkę w celu odnalezienia sensu życia. Umierałam wówczas ze strachu i rozpaczy, a gdy w końcu panicz wrócił, nie wiedziałam, czy go przytulić, czy zabić. Płot został zabezpieczony i pies jest bezpieczny. Co do kotów - no miauwa - zaliczyliśmy trzy mieszkania, aktualnie mieszkamy w domu... Nigdy, ale to NIGDY nie dopuściłam do sytuacji, żeby kot niewychodzący wydostał się na zewnątrz. Mając pod opieką zwierzęta, jestem nadczujna, mam oczy dookoła gł...

R.11

Fejsbunio mi właśnie przypomniał, że 6 lat temu zdałam weterynaryjny egzamin z diagnostyki i chirurgii, ostatni z trzech, zwany potocznie R-jedenastką. Gdy jacyś fachowcy od wszelkiej instalacji w gospodarstwie domowym, widząc kobietę, próbowali cwaniakować, miałam już certyfikat uprawniający mnie do mrocznego ostrzeżenia: "Nie próbuj, mistrzuniu, robić wała z babki, która wie, jak amputować jądra." Działało i działa ZAWSZE.

Kwintesencja Filipa

"Hej! Jestem! Kochasz MIĘ? Ja ciebie też!!!" ŁUP miłosnym ocierem Kuzcusa w lewy bok. Kuzco: "Matka, ratuj!" ŁUP miłosnym ocierem Flora w prawy bok - Floriusz się prawie przewrócił. Gryz Wiktora w ogon, gryz Romka w ucho, gryz Ryśka w zadek: "No bawta się ze mną! Heloł!!!" Iwa przechodzi rozterkę wewnętrzną - czy go myć, czy spuścić mu porządny łomot. Maja się w tańcu nie certoli i wali młodego łapą po dyńce, ale to wręcz zagrzewa naszego bohatera do dalszego boju. Mi prawie dziś nosem wybił oko, a Kajtkowi niemal odgryzł nos - i wszystko to z MIŁOŚCI. Biedny Baki już na jego sam widok wieje pod stół. Nawet przyzwoitego ostrego zdjęcia mu nie jestem w stanie zrobić, bo gówniak jest non stop w SZALE UCZUĆ i nie usiedzi w miejscu Miauwa, w życiu nie miałam takiego kota! Czy na sali jest ktoś chętny na UKOCHANIE przez Filipa?... Bo psy i pozostałe koty już wymiękają. Ja też. (Od razu uprzedzam: późniejsza wycieczka na SOR we własnym zakresie.)

Romek...

Niejednokrotnie wspominałam o inteligencji rudych kotów. Ale chwilami odnoszę wrażenie, że owa inteligencja z czasem się wyczerpuje i gdy stan baterii pokazuje jakieś 3%, rudzielec się musi naładować. Dlatego koty tak dużo śpią. Usłyszałam dziś dziwne "miau". I to nie te z serii :"miau, ale mi się dobrze spało", także nie: "miau, chodź brat, sprawimy sobie wzajemnie łomot", ani nawet nie: "miau, służba, dawaj żryć". To konkretne "miau" posiadało wydźwięk nieco dramatyczny. Sprawdziłam stan pogłowia i - jakkolwiek bym nie liczyła - nie mogłam doliczyć się Romualda. Po kilku minutach poszukiwań, na trop naprowadziła mnie Majka, nerwowo kręcąca się przy łóżku. Otóż nasz bohater jakimś cudem otworzył sobie szufladę na pościel i znalazł sposób na wgramolenie się pod dalszą część wyra. W tym momencie koci rozumek nieszczęśliwie się wyczerpał i zabrakło współpracujących neuronów, które by wskazały kotkowi drogę powrotną. Musiałam ściągać mater...

Muszę się wygadać, cholera jasna... (będę przeklinać)

 Przyszłam wczoraj tak zrąbana z pracy, że wieczorem wypuściłam psy, poczekałam, aż wrócą i poszłam spać o dziewiętnastej. Co było do przewidzenia, obudziłam się w środku nocy. Odczytałam wiadomość od córki z sąsiadów z zapytaniem, czy jest u mnie ich sunia. (W mroźne noce zabierałam malutką Sonię do siebie na noc, bo u siebie nie miała wstępu do domu. :( . Moje suki od jakiegoś czasu próbowały ją atakować, więc instalowałam małą w zamkniętym pokoju, a rano wypuszczałam. Ona nigdy sama nie weszła na posesję, gdy moje psy były na zewnątrz.) Zasnęłam ponownie, a rano odpowiedziałam na wiadomość pytaniem, czy Sonia się odnalazła. Niestety nie wróciła do domu i po powrocie sąsiada z pracy mieli wyruszyć na poszukiwania. Postanowiłam rozejrzeć się po okolicy wcześniej, jako że dziewczynka zapłakana, a ja jestem również bardzo emocjonalnie związana z Sonią. Znalazłam ją... Leżącą w moim ogrodzie... Martwą... Podobno w nocy już debile walili petardami. Nie słyszałam, spałam... Może samoch...

Bo kolejny rok się kończy....

Gdy w końcu zamieszkałam w swoim docelowym miejscu na ziemi, za sąsiadów zyskałam dwójkę fajnym dzieciaków. Zasadniczo z dziećmi nie jest mi po drodze, ale te konkretne mnie całkowicie zawojowały - gadatliwością, szczerością, humorem i ogromną empatią. Są fantastyczni. :) W te święta zorientowałam się, jak szybko dorastają. Nie mam już dzieci za płotem. Mam dorastającego młodego mężczyznę i rozkwitającą młodą kobietę. Są cudni, naprawdę. I naszła mnie taka refleksja - dopiero po tempie dorastania młodego pokolenia zauważamy upływ czasu, który zapiernicza nieubłagalnie... Jak to się dzieje, że ja nadal jestem piękna i młoda?... ;) Ściskam wszystkich świątecznie.

Paprotki... :(

Nie wiem, naprawdę nie wiem, jak to się dzieje, że wszelkie kwiaty rosną i kwitną w moim domu na potęgę, oprócz paproci... Nie łapię fenomenu. Inne kwiaty tworzą już w moim domu gdzieniegdzie istną dżunglę, a paprocie łapią focha i padają. Podlewam gadziny, zraszam, gadam do nich jak głupia (może bzdury gadam i jedna paproć zerka na drugą i mówi: "Stara, trafiłyśmy na debila, weźmy sobie uschnijmy, bo nasza przyszłość z taką umysłową amebą zasadniczo nie rysuje się różowo..."), brakuje im tylko pierdu tęczowego jednorożca... Wszystko na nic. Dziś adoptowałam dwa grudniki z Biedrony. Były skazane na śmierć. Sflaczałe i bez tchu. Ale ja je zreanimuję. Założycie się?... Potrzymajcie mi piwo! Za chwilę będą kwitnąć jak szalone. Ale paprocie, miauwa, ni wuja... CO ROBIĘ ŹLE?