Posty

Smaczek z pracy

Mamy taką panią w głównym sekretariacie, która marzy o tym, żeby poczuć się arcy-ważna, nigdy jej nie wychodzi, z braku zajęcia pieczołowicie szuka uchybień w pracy innych i strzela wtopy jedną za drugą, czym niemożebnie wkurwia wszystkie wydziały razem wzięte. Tyle tytułem wstępu. Sytuacja z dnia dzisiejszego... Wracam z fajki. Nasza szefowa działa przy niszczarce w korytarzu. Drzwi do naszego są pokoju otwarte. Koleżanka na mój widok krzyczy: Dzwoniła do ciebie blond pizda! Zdejmuję paltocik, siadam za biurkiem, ujmuję słuchawkę w dłoń i upewniam się: Ok, oddzwonię. Jaki jest wewnętrzny do Anny? Szefowa przy niszczarce zgina się wpół walcząc z atakiem nagłego chichotu. (Imię blond pizdy zostało przydzielone randomowo, także... ;) )

Nie ma mnie...

... bo budowę mam. Rozumiecie. Mam już dach. Zaraz wstawiają mi okna, drzwi i bramę garażową. Oprócz budowy mam Majkę. Także... Aaa!

O kocie, który-jeszcze-żyje

Każdy, kto choć trochę zna moje pogięte koty, wie, że Rudolf zwykł pić z miski łapą. Nie podejdzie i się nie napije, jak każdy normalny sierściuch. Nie. Uwala się koło miski całym swoim jestestwem (bo mógłby się chłopina jeszcze zmęczyć, nie daj buk), jedną łapą ową miskę obejmuje, a drugą macza w wodzie i zaspokaja pragnienie (równocześnie czyniąc wokół siebie jezioro łabędzie). Potem nierzadko postanawia odwiedzić świątynię dumania, a każdy się domyśla, jakie połączenie dają mokre kocie łapy (jak to u miaukuna dość włochate) ze żwirkiem bentonitowym, tak? Ano katastrofę dają . Błotne ślady kocich łap są wszędzie . Tym razem jednak Rudikson postanowił rozszerzyć swoją działalność i zaistnieć bardziej spektakularnie. Otóż - domagając się atencji - postawił mokrą łapę na klawiaturze mojego laptopa... Wydarłam się histerycznie i rzuciłam na ratunek klawiaturze z papierowym ręcznikiem. Zaś Rudolf, który-jeszcze-żyje , obdarzył mnie jeno spojrzeniem, wyrażającym ni mniej, ni więcej: w...

Nareszcie

Nareszcie po świętach. Możecie mnie nazwać aspołecznym ponurakiem, ale przyznaję się niniejszym, że świąt nie lubię. Irytują mnie dzwoneczki i mikołaje, bombardujące mnie z mediów już od października. Żenujące są dla mnie wierszyki bożonarodzeniowe i sztampowe życzenia wysyłane smskami, na zasadzie: kopiuj-wklej, a następnie: wyślij wszystkim. A już najbardziej wkrówiają mnie fejsbukowe łańcuszki, zaśmiecające mi co roku mesendżera. Najchętniej zaszyłabym się pod ciepłą kołdrą z butelką dobrego wina i przeczekała to całe szaleństwo. Co roku kombinuję, jak by się tu wyłgać z rodzinnego świętowania... Wszystko już przerobiłam: od przeziębienia zaczynając, na ostrym ataku wyrostka kończąc. I co roku cały misterny plan idzie w tzw. pizdu, bo po prostu szkoda mi moich rodziców, dla których rodzinna gwiazdka jest świętością. I tak o. Co roku zaciskam zęby i jadę. I staram się przetrwać. I kiedy w końcu wracam do domu, biorę oddech, odpalam Netflixa, otwieram wino, przytulam sierściu...

Majka jest kotem idealnym

Proszę mi wierzyć lub nie. Mówię jej: "Proszę wejść do transporterka" - wchodzi. Mówię jej: "Proszę wyjść z transporterka" - wychodzi. (Niezależnie, czy akcja ma miejsce w domu, czy w gabinecie lekarskim.) Mówię jej: "Proszę zjeść tabletkę" - zjada. Niczego się nie boi. Nawet, gdy odkurzam, biegnie za odkurzaczem krok w krok. Jest wyjątkową kosmitką. Budzę się rano, przewracam na drugi bok, a mój nos styka się wówczas z jej wilgotnym ciepłym noskiem, śpiącym wraz z resztą kota na mojej poduszce. Kocham ją. (Florian też. ;) )

Mała Natalka...

... odeszła wczoraj wieczorem. :( Rodzice dziękują za okazane serce i każdą wysłaną kartkę świąteczną. Ja też dziękuję.

Maja mnie wykończy :(

Za punkt honoru postawiłam sobie utrzymanie tego kociaka przy życiu i wyleczenie. Dodatkowo pokochałam toto srodze i walczę jak lwica. Mała też walczy dzielnie, ale mamy tu do czynienia z infekcją wirusową, z którą kocie dziecko z zerową odpornością nie ma szans... Antybiotyki, którymi faszeruję ją od września, zwalczają jedynie wtórne zakażenia bakteryjne. Czyli niweluję tylko powikłania. Zdecydowałam się na zastosowanie leku. który w naszym kraju nie jest dopuszczony do obrotu. Tłucze wirusy i podnosi odporność. Najtrudniej było znaleźć zaufany kontakt, samo sprowadzenie ampułek to już buła z masłem - wszak mieszkam w mieście portowym. Dziś podałam Majce pierwszy zastrzyk. Trzymajcie kciuki.