Koniec miesiąca to armagedon w mojej firmie...

 ... a mnie wysłano na dwudniowe szkolenie. Nie no, spoko... Koleżanka, która mnie zastępowała, dostawała bladej kurwicy. Ja natomiast słodko spędziłam czas na wyjątkowo nudnym szkoleniu, za to spotkałam się z dawno nie widzianymi znajomymi z innych jednostek i poznałam sporo nowych. Było klawo. Mogę się dalej szkolić do upadłego, nie mam nic przeciwko temu. ;)

Negatywy z ostatniego czasookresu:
- dziś zaiwaniałam do weta z Filipem, którego ktoś użarł w ogon (obstawiam Juliana) - tu uczulam: kocia ślina jest mega toksyczna i nie należy sprawy lekceważyć (sama po ugryzieniu wylądowałam kiedyś u chirurga, bo zbagatelizowałam) - na szczęście powstały wskutek zaszłości ropień pękł w trakcie jazdy do lecznicy i u Filipa skończyło się tylko na antybiotyku i przeciwbólach;
- zostawiłam Ksawerego Gustawa u mechanika, zatem jeżdżę do roboty tą szafą, którą osobiście kupiłam (zajmuję, kuźwa, gro naszego mikroskopijnego służbowego parkingu i współparujący są mi niezwykle wdzięczni...);
- zwaliłam aktualnie 15 kilo (tyle z pozytywów), więc można gratulować.

Tyle ogłoszeń parafialnych.
Niniejszym przystępuję do weekendu. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Wyszłam za mąż, zaraz wracam

Nie ma nic gorszego...

Iwa...