Gdy światła gasną...

Czasem wydarza się w życiu takie kombo...
Istny zapierdol w pracy, aż chce się wyć...
Zwichnięta psia łapa u Kajcisława, która wymaga wzięcia wolnego na żądanie i zapieprzania do weterynarza na cito (a w pracy zapierdol, przypominam)...
Odwodnienie u kota Floriana, któremu przez to nie sposób pobrać krwi, a bolące zęby sprawiają, że kot nie je i cierpi w dwojnasób... Człowiek leczy kocią sraczkę, podaje kroplówy i w przerwach zamyka się w kotłowni, żeby wyć w ukryciu z bezsilności...
Glut zaistniały w nosie, oczach i paszczy kota mco Kuzco, który jest już powłóczącym nogami dziaduniem (zaczął właśnie 17-ty rok życia, a mainecoony rzadko osiągają ten pułap) i trzeba mu wciskać antybiotyk i co parę godzin z duszą na ramieniu kontrolować funkcje życiowe...

I wtedy sprawdza się taki Osobisty, który już doskonale poznał moją instrukcję obsługi.
"Ciiii... Słońce, nie płacz. Podałem leki. Wymasowałem łapę. Przemyłem zagilony nos. Florowi dało się pobrać krew, Wyniki podręcznikowe. W przyszłym tygodniu zabieg. Wszystko pod kontrolą. Ciiii..."

I ja się zastanawiam, jak sobie bez niego radziłam do tej pory. Jest dla mnie respiratorem, tlenem i dopalaczem. Bez recepty.

Komentarze

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Wyszłam za mąż, zaraz wracam

Wieczornie...

Iwa...