Koniec pewnej epoki
Po rozwodzie spaliłam za sobą prawie wszystkie mosty, wyjechałam z rodzinnego miasta i, zamiast matki, wróciłam w jej rodzinne strony - zamieszkałam na gdańskim blokowisku na Morenie.
(Piszę "prawie", bo kontaktu z byłym mężem nie zerwałam nigdy. To fajny, wartościowy facet. Po prostu nam nie wyszło.)
Zawsze byłam psiarą. Marzyłam o psie. Nie chciałam psa katować wegetacją w bloku, więc zdecydowałam się na koty maine coon - o charakterze niezwykle psim.
I tak zawitali u mnie bracia - Rudolf i Manfred, potem Iwa, następnie Kuzco po przejściach, po nim Lara, a na końcu Majkel, też z nieciekawą przeszłością. To były moje najszczęśliwsze lata spędzone z kotopsami. Polecam tę rasę z całego serca - są wspaniałe, nad wyraz inteligentne i bardzo oddane opiekunowi.
Siłą rzeczy przyszedł czas, że zaczęły po kolei mnie opuszczać...
Mco nie żyją długo...
Rekordzistą był Kuzco, który - jako ostatni - odszedł w wieku 17 lat.
Sześć strzępów serca wyrwanych na żywca... Ale warto było. Jestem wdzięczna im za miłość, oddanie i wieczną potrzebę bycia u moim boku. Każdy z nich był wyjątkowym przyjacielem. Każdego z nich opłakuję do tej pory.
W domu pozostała gromadka kotów tzw. europejskich - wyratowanych, odchuchanych znajd.
Kocham je, ale wierzcie mi - to nie to samo. One żyją OBOK - owszem, kochają, pomruczą, przytulą się, ale - jak to koty - są raczej outsiderami, mają swoje życie obok człowieka. Kwintesencją życia mco jest ich człowiek - to jest ta różnica zasadnicza.
Nigdy więcej mco. Swoim odejściem rozrywają mózg i serce... :(
Komentarze
Prześlij komentarz