Posiałam dowód rejestracyjny samochodu...
Posiałam.
Nie zgubiłam.
Bo wiem, że ten skurczybyk jest gdzieś w chacie, tyle, że nie wiem, gdzie.
A tu przegląd do zrobienia...
Opcje były dwie:
1. Pojawić się w Starostwie Powiatowym, złożyć wniosek o tymczasowe blachy (zapłacić), zrobić przegląd, wrócić i złożyć wniosek o nowy dokument (zapłacić).
2. Poprosić o przysługę znajomego z drogówki, żeby był tak łaskaw i wystawił mandat za NIEMANIE dowodu (zapłacić) oraz zatrzymał na 24 dowód rejestracyjny, z owym świstkiem udać się zrobić przegląd, a następnie złożyć wniosek o nowy dokument (zapłacić).
O jedno "zapłacić" za dużo, ne spa?
Zatem obrałam plan B i pojawiłam się na stacji kontroli pojazdów.
- Dzień dobry. Wie pan co? Kłopocik mam. Oj, duży kłopocik...
- A jakiż to kłopocik?
- Wie pan, schowałam dowód rejestracyjny do którejś mojej torebusi i nie mogę go namierzyć. Zrobi mi pan przegląd bez?...
Gość uśmiechnął się szeroko.
- A ile ma pani tych torebusi?
-Oj dużo, wie pan... Jak to kobieta...
Uśmiech gościa jeszcze szerszy... Myślę: wziął mnie za rasową idiotkę i o to chodziło. Jest nadzieja!
- Cóż... Jeśli taka śliczna kobieta ma kłopocik, to trzeba pomóc, prawda?
No nie powiem, przyplusował. Ale nadal trzymam się twardo roli:
- Ojej, jaki pan milusi! To co? Da się coś zrobić?...
- Da się. Tylko pani podjedzie potem z tym dowodem, żebym wbił przegląd.
(Ależ jasne, ofkors, bez dwóch zdań. Gdy tylko go wyrobię. ;) )
Przegląd klepnięty.
I kto jest mistrzem?...
Komentarze
Prześlij komentarz